W ostatnich dniach w polskim internecie i niektórych kręgach medialnych krążą doniesienia o rzekomej aferze, która miałaby wstrząsnąć fundamentami polskiego systemu wyborczego. Chodzi o przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej (PKW), sędziego Sylwestra Marciniaka. Według tych doniesień, Marciniak miał zostać przyłapany na próbie ucieczki w kierunku granicy z Ukrainą, a wszystko to w kontekście zarzutów fałszowania wyników wyborów prezydenckich. Te rewelacje miałyby pochodzić z rzekomo wyciekłego nagrania, które prokurator Ewa Wrzosek miała przedstawić jako dowód na poważne nieprawidłowości. Allegedly cała sprawa zmusiłaby Sąd Najwyższy do podjęcia drastycznych kroków, w tym rzekomego nakazu ponownego przeliczenia głosów w skali krajowej.
Warto podkreślić od razu: **te informacje opierają się wyłącznie na doniesieniach krążących w sieci, głównie na stronach i portalach o charakterze sensacyjnym, często o zagranicznej proweniencji lub w grupach społecznościowych**. Brak jest potwierdzenia tych faktów w wiarygodnych źródłach mainstreamowych mediów, oficjalnych komunikatach PKW, Sądu Najwyższego czy Prokuratury Krajowej. Rzekome „wyciekłe nagranie” nie zostało publicznie upublicznione w sposób, który pozwalałby na weryfikację jego autentyczności. Allegedly takie doniesienia pojawiają się cyklicznie po kontrowersyjnych wyborach, służąc podgrzewaniu emocji politycznych.
Sylwester Marciniak pełni funkcję przewodniczącego PKW od kilku lat. Jako sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie jest postacią znaną w środowisku prawniczym. W przeszłości wypowiadał się publicznie na temat organizacji wyborów, problemów z protokołami czy finansowania partii politycznych. Na przykład, w kontekście sprawozdań finansowych partii, Marciniak podkreślał konieczność przestrzegania prawa i czekania na orzeczenia sądowe przed podejmowaniem decyzji. Nigdy jednak oficjalnie nie był łączony z zarzutami karnymi dotyczącymi fałszowania wyborów. Allegedly obecne oskarżenia miałyby wynikać z rzekomego „wycieku” materiałów, w tym nagrań CCTV lub audio, pokazujących manipulacje przy liczeniu głosów lub wręcz przekazywanie łapówek.
Prokurator Ewa Wrzosek, znana z wcześniejszych głośnych spraw i krytyki wobec poprzednich władz, miałaby odegrać kluczową rolę w tej rzekomej aferze. Według doniesień, to właśnie ona złożyła w Sądzie Najwyższym materiały dowodowe, w tym trzy filmy, które miałyby dowodzić fałszerstw. Wrzosek jest postacią kontrowersyjną – w przeszłości sama była przedmiotem zainteresowania mediów w związku z postępowaniami dyscyplinarnymi czy politycznymi. Allegedly jej interwencja w tej sprawie miałaby być „bombą”, która zmusiłaby instytucje do działania.
Rzekomo Sąd Najwyższy, jako organ odpowiedzialny za ważność wyborów prezydenckich, miałby rozważać lub nawet zarządzić ponowne przeliczenie głosów w całym kraju. Termin takiego działania miałby przypadać na 2026 rok. To oznaczałoby ogromną operację logistyczną, angażującą tysiące komisarzy i potencjalnie zmieniającą wyniki głosowania. W niektórych wersjach tej historii pojawia się nawet informacja o rzekomym aresztowaniu Marciniaka przez CBA, zamrożeniu jego kont bankowych czy nakazie rezygnacji w ciągu 72 godzin. Allegedly te kroki miałyby być reakcją na dowody przedstawione przez prokuraturę i polityków opozycji.
Jednak rzeczywistość wygląda inaczej. Oficjalne źródła, w tym komunikaty PKW i relacje z posiedzeń, nie wspominają o żadnych takich wydarzeniach. Brak jest też informacji o ucieczce Marciniaka – przewodniczący PKW nadal pełni swoje obowiązki, a jego wypowiedzi dotyczą raczej bieżących kwestii organizacyjnych wyborów. Demagog i inne portale fact-checkingowe w podobnych przypadkach oznaczają takie doniesienia jako fake news. Na przykład, plotki o aresztowaniu szefa PKW za fałszowanie wyborów były już dementowane.
Dlaczego takie historie zyskują popularność? Polska scena polityczna od lat jest spolaryzowana. Po każdych wyborach pojawiają się zarzuty o manipulacje – od problemów z głosami zagranicznymi, przez opóźnienia w liczeniu, po rzekome fałszerstwa. W 2025 roku wybory prezydenckie przyniosły zwycięstwo Karola Nawrockiego (związanego z prawicą), co dla części środowisk stało się pretekstem do kwestionowania wyniku. Rzekome „dowody” w postaci nagrań czy pokwitowań (np. 1,1 mld zł za fałszowanie na korzyść jednego kandydata) krążą w mediach społecznościowych, często na stronach o clickbaitowych tytułach. Allegedly dodawanie słów „rzekomo” i „allegedly” ma służyć ochronie przed ewentualnymi procesami o zniesławienie.
W praktyce brak twardych dowodów sprawia, że cała sprawa pozostaje w sferze spekulacji. Sąd Najwyższy nie wydał komunikatu o ponownym liczeniu głosów. Prokuratura nie potwierdziła wszczęcia śledztwa w kierunku Marciniaka. Ewa Wrzosek nie opublikowała publicznie żadnych materiałów. Granica z Ukrainą? Brak relacji świadków, zdjęć czy nagrań z mediów.
Podsumowując, ta historia to klasyczny przykład dezinformacji wyborczej. Może służyć destabilizacji zaufania do instytucji, mobilizacji elektoratu czy po prostu generowaniu klików. Zawsze warto weryfikować informacje w wiarygodnych źródłach – PKW, Sąd Najwyższy, duże media – zanim uzna się je za fakt. Allegedly w erze fake news ochrona przed manipulacją zaczyna się od sceptycyzmu i sprawdzania faktów.