W ostatnich dniach polskie media i internetowe fora aż huczą od sensacyjnych doniesień, które, jeśli okażą się prawdziwe, mogłyby wstrząsnąć fundamentami demokracji w naszym kraju. Chodzi o rzekome orzeczenie polskiego Sądu Najwyższego, który miałby rzekomo obnażyć ogromne fałszerstwa wyborcze podczas wyborów prezydenckich w 2025 roku. Według tych niepotwierdzonych informacji, sąd nakazał pełne przeliczenie wszystkich głosów w 2026 roku, co miałoby być bezpośrednią reakcją na wyciekłe taśmy z udziałem Przewodniczącego Państwowej Komisji Wyborczej (PKW). Wszystko to brzmi jak scenariusz z politycznego thrillera, ale w kontekście napięć politycznych w Polsce, gdzie oskarżenia o manipulacje wyborcze pojawiają się regularnie, takie plotki zyskują na sile. Warto jednak podkreślić, że te doniesienia są czysto spekulacyjne i opierają się na nieoficjalnych źródłach – allegedly, jak mówią Anglicy, by uniknąć jakichkolwiek prawnych konsekwencji w przypadku, gdyby okazały się one bezpodstawne.
Przypomnijmy tło wydarzeń. Wybory prezydenckie w 2025 roku były jednymi z najbardziej kontrowersyjnych w historii III Rzeczpospolitej. Karol Nawrocki, kandydat popierany przez Prawo i Sprawiedliwość, pokonał Rafała Trzaskowskiego z Koalicji Obywatelskiej minimalną różnicą głosów. Oficjalne wyniki PKW wskazywały na zwycięstwo Nawrockiego z przewagą około 0,5 procenta, co przełożyło się na kilkadziesiąt tysięcy głosów. Już wtedy pojawiły się pierwsze wątpliwości: doniesienia o błędach w protokołach komisji wyborczych, zamianach głosów między kandydatami w niektórych obwodach oraz o nieważnych kartach do głosowania w liczbie przekraczającej 189 tysięcy. Sąd Najwyższy, rozpatrując protesty wyborcze, dopuścił wówczas oględziny kart w zaledwie trzynastu komisjach, co nie zmieniło ostatecznego wyniku. Ale teraz, w 2026 roku, rzekomo pojawiły się nowe dowody, które miałyby zmienić wszystko.
Kluczowym elementem tej historii są rzekomo wyciekłe taśmy z udziałem Przewodniczącego PKW, Sylwestra Marciniaka. Według anonimowych źródeł, nagrania te miałyby pochodzić z prywatnych spotkań lub rozmów wewnętrznych w strukturach komisji wyborczej. Na tych taśmach Marciniak miałby rzekomo omawiać metody “korygowania” wyników w wybranych obwodach, w tym manipulacje przy liczeniu głosów, fałszowanie protokołów czy nawet ukrywanie kart wyborczych. Jedno z doniesień sugeruje, że na nagraniach słychać, jak przewodniczący instruuje członków komisji, by “dopasować liczby” w miejscach, gdzie frekwencja była niska lub wyniki nie zgadzały się z oczekiwaniami pewnych sił politycznych. Inne źródła mówią o rzekomym udziale w tym procederze osób związanych z rządzącymi w tamtym czasie kręgami, co miałoby wskazywać na zorganizowaną akcję na skalę ogólnokrajową. Allegedly, te taśmy trafiły do rąk opozycji, w tym do Donalda Tuska, który miałby je wykorzystać w Sądzie Najwyższym jako dowód na masowe fałszerstwa.
Jeśli te informacje są prawdziwe, to decyzja sądu o pełnym przeliczeniu głosów w 2026 roku byłaby bezprecedensowa. Oznaczałaby to, że wszystkie karty wyborcze z 2025 roku – miliony sztuk – musiałyby być ponownie sprawdzone pod nadzorem niezależnych obserwatorów. Proces ten mógłby trwać miesiące, a nawet lata, paraliżując instytucje państwowe i podważając legitymizację urzędującego prezydenta. Rzekomo Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, w pełnym składzie z udziałem Prokuratora Generalnego, wydała uchwałę kończącą weryfikację protestów wyborczych na korzyść ponownego liczenia. To miałoby być odpowiedzią na presję opinii publicznej, która po wycieku taśm domaga się transparentności. W internecie krążą petycje i apele o “uczciwe wybory”, a niektóre portale podają, że liczba protestów wyborczych wzrosła do setek tysięcy. Ale pamiętajmy: to wszystko jest rzekome i niepotwierdzone przez oficjalne instytucje.
Analizując potencjalne skutki takiej decyzji, nie można pominąć kontekstu politycznego. Polska w 2026 roku nadal zmaga się z podziałami po zmianie władzy. Po wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych w 2023 roku, prezydenckie starcie w 2025 było postrzegane jako ostatnia bitwa o wpływy. Rzekome fałszerstwa mogłyby oznaczać, że wynik został zmanipulowany na korzyść Nawrockiego, co podważyłoby cały system wyborczy. Eksperci od prawa wyborczego, tacy jak ci z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, już wcześniej wskazywali na luki w procedurach PKW, w tym brak wystarczających zabezpieczeń cyfrowych w systemie WOW, służącym do archiwizacji protokołów. Rzekomo na taśmach Marciniak miał przyznać, że pliki PDF z wynikami były generowane post factum, co pozwalało na łatwe manipulacje. W jednym z przykładów, analizowanym przez niezależnych badaczy, plik z Bolesławca miał być utworzony pięć dni po wyborach, co budzi wątpliwości co do real-time liczenia głosów.
Dalej, jeśli sąd naprawdę zarządził pełne przeliczenie, to mogłoby to otworzyć puszkę Pandory. Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym po ponownym liczeniu okazuje się, że Trzaskowski wygrał. Co wtedy? Konstytucja nie przewiduje jasno takiej sytuacji po upływie czasu od zaprzysiężenia. Rzekomo Tusk, jako premier, miałby złożyć dodatkowe dowody, w tym nagrania CCTV z komisji, pokazujące podejrzane działania. To miałoby być częścią większej operacji “oczyszczania” państwa z wpływów poprzedniej władzy. Z drugiej strony, zwolennicy PiS widzą w tym spisek opozycji, mający na celu destabilizację kraju. Portale takie jak Niezależna.pl już alarmują o rzekomym łamaniu prawa przez prokuraturę podczas wcześniejszych recountów. Allegedly, to wszystko to element gry politycznej, gdzie fakty mieszają się z dezinformacją.
Warto też spojrzeć na międzynarodowy aspekt. Unia Europejska, która już wcześniej krytykowała Polskę za problemy z praworządnością, mogłaby wykorzystać te doniesienia do nałożenia sankcji lub wstrzymania funduszy. Rzekome fałszerstwa na taką skalę podważyłyby wiarygodność wyborów w oczach Brukseli, co mogłoby prowadzić do interwencji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Organizacje jak OBWE, monitorujące wybory, mogłyby zażądać ponownej obserwacji. W kontekście globalnym, gdzie oskarżenia o manipulacje wyborcze pojawiają się w USA czy Brazylii, Polska stałaby się kolejnym przykładem erozji demokracji.
Ale wróćmy do sedna: czy te taśmy naprawdę istnieją? Źródła, na które powołują się plotki, to głównie anonimowe konta na X (dawniej Twitter) i niszowe portale. Na przykład, jeden z postów mówi o “tajnych szkoleniach” PiS w zakresie fałszowania wyborów, ale bez twardych dowodów. Inny analizuje metadane plików PDF z PKW, sugerując opóźnienia w ich tworzeniu, co mogłoby wskazywać na manipulacje. Jednak PKW oficjalnie zaprzecza jakimkolwiek fałszerstwom, a Sąd Najwyższy w 2025 roku uznał wybory za ważne mimo błędów w kilkunastu komisjach. Rzekome wycieki taśm mogłyby być deepfake’ami lub sfabrykowanymi nagraniami, stworzonymi w celu siania chaosu.
W kontekście prawnym, pełne przeliczenie głosów wymagałoby zmian w Kodeksie Wyborczym, co nie jest proste. Protesty muszą być wniesione w terminie, a sąd może jedynie unieważnić wybory w skrajnych przypadkach. Rzekomo ta decyzja sądu to wynik presji z góry, ale bez potwierdzenia to czysta spekulacja. Dla zwykłego obywatela oznacza to niepewność: czy nasze głosy naprawdę się liczą? Czy system jest odporny na manipulacje? Te pytania wiszą w powietrzu, podsycane przez media społecznościowe.