W ostatnich dniach internet obiegła rzekoma sensacyjna informacja, która wstrząsnęła polską sceną polityczną. Według niepotwierdzonych doniesień, wyciekło wideo, na którym premier Donald Tusk miał rzekomo być złapany na gorącym uczynku w kontekście masowych fałszerstw wyborczych. Materiał ten, rzekomo pochodzący z kamer monitoringu, miałby dowodzić manipulacji na skalę ogólnokrajową podczas ostatnich wyborów prezydenckich w 2025 roku. Jednocześnie, Sąd Najwyższy miał rzekomo podjąć decyzję o pełnym przeliczeniu głosów, ujawniając datę tego procesu, co rzekomo stanowiłoby młot na obecny rząd. Wszystko to brzmi jak scenariusz z thrillera politycznego, ale w rzeczywistości opiera się na spekulacjach i niepotwierdzonych źródłach, które krążą w mediach społecznościowych i na niektórych portalach informacyjnych. W tym artykule przyjrzymy się bliżej tym rzekomym wydarzeniom, starając się oddzielić fakty od plotek, pamiętając o konieczności ostrożności w obliczu potencjalnych spraw prawnych.
Kontekst ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce jest kluczowy do zrozumienia, dlaczego takie rzekome oskarżenia w ogóle się pojawiają. W 2025 roku Polska przeżyła burzliwą kampanię wyborczą, która zakończyła się drugą turą głosowania. Wybory te były naznaczone wysoką frekwencją i silnymi emocjami politycznymi, z jednej strony poparciem dla obozu rządzącego pod wodzą Donalda Tuska i Koalicji Obywatelskiej, a z drugiej – opozycją skupioną wokół Prawa i Sprawiedliwości. Po ogłoszeniu wyników, do Sądu Najwyższego wpłynęło rzekomo ponad 30 tysięcy protestów wyborczych, dotyczących głównie nieprawidłowości w liczeniu głosów w poszczególnych komisjach obwodowych. Te protesty obejmowały zarzuty pomyłek, manipulacji protokołami czy nawet celowych fałszerstw. Sąd Najwyższy, jako instytucja odpowiedzialna za stwierdzenie ważności wyborów, podjął decyzję o weryfikacji kart z 13 wybranych komisji, co było odpowiedzią na te skargi. Jednak pełnego przeliczenia wszystkich głosów na skalę ogólnokrajową nie zarządzono – przynajmniej według oficjalnych komunikatów. Rzekome ujawnienie daty takiego przeliczenia, o którym mowa w nagłówku, pochodzi z niepotwierdzonych źródeł i może być częścią kampanii dezinformacyjnej.
Teraz przejdźmy do sedna rzekomego wycieku wideo. Według krążących w sieci opisów, materiał miałby pochodzić z kamer CCTV zainstalowanych w jednym z obiektów związanych z procesem wyborczym, być może w siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej lub w jakimś centrum logistycznym. Na nagraniu rzekomo widać premiera Tuska w towarzystwie nieznanych osób, dyskutujących o rzekomych metodach manipulacji głosami. Szczegóły są mgliste: jedne źródła mówią o rozmowach na temat zmiany protokołów, inne o koordynacji działań w komisjach. Wideo miało rzekomo wyciec za pośrednictwem anonimowych kont na platformach społecznościowych, takich jak X (dawny Twitter) czy Facebook, gdzie szybko zyskało viralowy charakter. Użytkownicy dzielili się fragmentami, dodając komentarze o “masowych fałszerstwach” i “końcu ery Tuska”. Jednak po bliższym przyjrzeniu się, okazuje się, że wiele z tych materiałów to edytowane klipy lub deepfake’i, które nie przetrwały weryfikacji fakt-checkerów. Na przykład, portale takie jak Onet czy TVN24 donosiły o podobnych incydentach, ale zawsze z zastrzeżeniem, że brak jest twardych dowodów. Premier Tusk sam komentował podobne zarzuty w przeszłości, podkreślając, że “każdy zgłoszony przypadek jest sprawdzany”, i wzywając do przeliczania głosów w świetle kamer, co rzekomo miało zapobiec dalszym spekulacjom.
Sąd Najwyższy, jako centralna instytucja w tym rzekomym dramacie, miał rzekomo “spuścić młot” poprzez ogłoszenie daty pełnego przeliczenia głosów. Według niepotwierdzonych informacji, ta data miała przypaść na luty 2026 roku, co zbiegłoby się z bieżącymi wydarzeniami politycznymi. W rzeczywistości, Sąd Najwyższy w czerwcu 2025 roku zdecydował jedynie o weryfikacji wybranych komisji, takich jak te w Krakowie czy Mińsku Mazowieckim. Decyzja ta była odpowiedzią na protesty, w których wskazywano na błędy w protokołach, jak na przykład rozbieżności w liczbie oddanych głosów. Premier Tusk, komentując te wydarzenia, apelował o transparentność i zapowiadał zwrócenie się do prokuratora generalnego w sprawie potencjalnych przestępstw. “Żaden głos nie może być zlekceważony” – mówił rzekomo podczas konferencji prasowej. Jednak pełnego przeliczenia nie zarządzono, co podważa wiarygodność nagłówka. Rzekome ujawnienie daty mogłoby być próbą podsycania napięć społecznych, zwłaszcza w kontekście sondaży wskazujących na poparcie dla przeliczenia wśród 61% internautów, jak podawały raporty Res Futura.
Dlaczego takie rzekome historie zyskują popularność? W erze mediów społecznościowych dezinformacja rozprzestrzenia się błyskawicznie. Portale jak naijasitemarket.com czy grupy na Facebooku często publikują sensacyjne tytuły z dodatkiem “rzekomo”, co ma chronić przed odpowiedzialnością prawną, ale jednocześnie przyciąga kliknięcia. W przypadku Polski, podzielonej politycznie, oskarżenia o fałszerstwa wyborcze padają z obu stron barykady. Opozycja, w tym Prawo i Sprawiedliwość, oskarżała rząd Tuska o manipulacje, powołując się na statystyczne anomalie w wynikach. Z kolei zwolennicy rządu wskazują na próby destabilizacji przez dawny obóz władzy. Rzekome wideo Tuska wpisuje się w ten narracyjny schemat, przypominając dawniejsze afery, jak ta z Sławomirem Nowakiem czy kontrowersje wokół wyborów w 2023 roku. Eksperci od cyberbezpieczeństwa ostrzegają, że takie materiały mogą być dziełem zagranicznych aktorów, mających na celu sianie chaosu w krajach UE.
Skutki takich rzekomych wycieków są daleko idące. Po pierwsze, podważają zaufanie do instytucji demokratycznych. Jeśli obywatele uwierzą w masowe fałszerstwa, może to prowadzić do protestów ulicznych, jak te widziane po wyborach w 2025 roku, gdzie demonstranci domagali się jawności. Po drugie, prawne implikacje: premier Tusk mógłby pozwać disseminatorów fałszywych informacji za zniesławienie, co już zdarzało się w przeszłości. Dlatego tak ważne jest używanie słów jak “rzekomo” czy “allegedly” w relacjach medialnych – chroni to przed procesami. W Stanach Zjednoczonych podobne przypadki, jak teorie spiskowe wokół wyborów 2020, doprowadziły do procesów sądowych z miliardowymi odszkodowaniami. W Polsce, gdzie prawo prasowe jest surowe, portale muszą być ostrożne.
Analizując dostępne dane, warto przyjrzeć się reakcjom kluczowych graczy. Prezydent Andrzej Duda, choć z obozu opozycyjnego, komentował rzekome nieprawidłowości, sugerując, że przeliczenie mogłoby być manipulacją. Z kolei Tusk podkreślał potrzebę weryfikacji w każdej wątpliwej komisji. Państwowa Komisja Wyborcza, pod kierownictwem Sylwestra Marciniaka, zrezygnowała rzekomo z niektórych stanowisk w obliczu presji, ale to też niepotwierdzone. Sondaże pokazują, że 42% komentarzy w sieci obwinia PiS o manipulacje, podczas gdy inni wskazują na Sąd Najwyższy czy rząd. To pokazuje, jak spolaryzowane jest społeczeństwo.
Podsumowując, rzekomy wyciek wideo Tuska i decyzja Sądu Najwyższego o przeliczeniu głosów to temat, który budzi emocje, ale brakuje mu solidnych podstaw. W dobie fake newsów, każdy powinien weryfikować źródła. Pełne przeliczenie, jeśli kiedykolwiek dojdzie do skutku, mogłoby rozwiać wątpliwości, ale na razie pozostaje w sferze spekulacji. Polska demokracja, mimo burz, przetrwała wiele podobnych kryzysów, i prawdopodobnie przetrwa ten. Pamiętajmy, że prawda zawsze wychodzi na jaw, ale wymaga czasu i rzetelności.